Rowerowa przeprawa przez USA

utworzono: 2012-07-11 10:15
— w kategorii: ,

Jaworznianin Ryszard Karkosz jest uczestnikiem międzynarodowej wyprawy, która zamierza rowerami dotrzeć na Igrzyska Olimpijskie w Londynie. Podróż rozpoczęła się 27 lutego w Pekinie, mieście które gościło sportowców całego świata 4 lata temu. Kraje, które cykliści odwiedzą podczas swojej eskapady to Chiny, Korea Południowa, Japonia, USA, Irlandia, Walia i Anglia, gdzie 12 sierpnia w Londynie nastąpi zakończenie wyprawy. Łącznie w ciągu 5,5 miesiąca rowerzyści mają do przejechania około 13 tys. km. Wyprawa odbywa się pod patronatem Polskiego Komitetu Olimpijskiego.

Oto kolejna relacja Ryszarda Karkosza – przemierzając USA:

Olimpijska Wyprawa Rowerowa Pekin - Londyn składa się z trzech etapów a każdy z nich na innym kontynencie. Pierwszy etap - azjatycki, przebiegał drogami Chin (17 dni), Korei Południowej (13) i Japonii (27). W ciągu 57 dni przejechaliśmy 3714 km. Zaczynaliśmy wyprawę 27 lutego w Pekinie, a odcinek azjatycki zakończyliśmy 24 kwietnia w Tokio. Drugi etap wyprawy, to przejazd przez USA. Amerykański odcinek rozpoczęliśmy 24 kwietnia w Los Angeles, a zakończymy 19 lipca w stolicy Stanów Zjednoczonych - Waszyngtonie. Na pokonanie tego etapu przeznaczyliśmy 86 dni. Trzeci i ostatni odcinek prowadzi drogami europejskich krajów - Irlandii, Walii i Anglii. Zaczniemy 19 lipca w Shannon, a zakończymy, w dniu zamknięcia Igrzysk Olimpijskich w Londynie - 12 sierpnia.

Jak łatwo policzyć cala wyprawa trwać będzie 167 dni (57+86+24). Na całą trasę (ok. 5,5 miesiąca) zdecydowało się 6 rowerzystów. 3 z Nowej Zelandii - małżeństwo Alison i Brian oraz Bill, 2 z Polski Maryla z Warszawy i ja oraz Litwin -Sigitas (szef wyprawy). Na krótszych odcinkach pojedzie z nami jeszcze kilkanaście osób. W Azji jechało z nami jeszcze 8 Litwinów, 3 Polaków (Kasia z Lodzi, Marek z Warszawy i Bogdan z Sosnowca), Szkot Bob i Szwedka Mai. Na odcinku amerykańskim przez pierwsze 1,5 miesiąca towarzyszyło nam 5 Polaków (małżeństwo Natalia i Wojtek z Jeleniej Góry, Ewa i Monika z Warszawy oraz Janek z Hrubieszowa) oraz Irlandczyk John. Przez cały etap jedzie z nami drugi Irlandczyk Aodhan i Szkot Bob.

Z Japonii do USA lecieliśmy przez Ocean Wielki (Pacyfik) 10 godzin. Wylecieliśmy 24 kwietnia o godz. 19-tej, a przylecieliśmy 24 kwietnia o godz. ... 9-tej. Czyli wcześniej niż wylecieliśmy. Jak to możliwe? Otóż różnica czasu miedzy Tokio a Los Angeles wynosi - 20 godzin i zamiast 25 kwietnia o 5-tej rano, byliśmy 20 godzin wcześniej. Przewoźnikiem były linie lotnicze z Singapuru, a cały przejazd kosztował 2800 zł (2650 bilet + 150 dojazd do lotniska oddalonego 66 km od Tokio).

r_karkosz_usa_4.jpgW USA pierwsze 3 dni spędziliśmy w Los Angeles. Mieszkaliśmy w hostelu (schronisku), w dzielnicy Venice sąsiadującej ze słynną dzielnicą Hollywood i nie mniej znanym kurortem Santa Monika. LA jest olbrzymim miastem i na dotarcie do Hollywood trzeba było aż 1,5 godziny. Najpierw przez godzinę jechaliśmy autobusem miejskim, a potem jeszcze metrem. Za 25 $ od osoby odbyliśmy wycieczkę autokarową po Hollywood i Beverly Hills. Wcześniej pieszo spacerowaliśmy główną ulicą - Hollywood Boulevard. Szliśmy m.in. Walk of Fame - Aleją Sław. Na płytach w chodniku alei znajdują się gwiazdy i nazwiska znanych postaci filmu i muzyki m.in. Paderewskiego. Odwiedziliśmy Kodak Theatre, w którym odbywają się gale wręczania Oskarów, nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej.

27 kwietnia ruszyliśmy przez Kalifornię, w której średnio 293 dni w roku, na 365, świeci słońce. Przed wyjazdem odwiedziła nas ekipa Telewizji Polonia, która nakręciła materiał z naszego pobytu. W Kalifornii przebywaliśmy 12 dni. Jechaliśmy podczas wielkich upałów przez pustynie Mohave. Odwiedziliśmy m.in. słynna Dolinę Śmierci, obszar bezodpływowej depresji, największej na półkuli wschodniej (86 m poniżej poziomu morza). To jedno z najgorętszych miejsc ziemi. W niektórych latach w ogóle nie padał tam deszcz, a temperatura często dochodzi do 50 stopni Celsjusza. Dolina ma długość 225 km i szerokość 8-25 km.

Z Kalifornii na 2 dni wjechaliśmy do Nevady. To najbardziej odludny stan USA. Jego powierzchnia jest niewiele mniejsza niż Polski, a zamieszkuje go zaledwie 2 mln ludzi (nieco więcej niż w Warszawie). Nie ma tu żyznej ziemi, a deszcz jest zjawiskiem prawie nieznanym. Obok olbrzymich terenów eksploatowanych przez górnictwo, znaczną cześć powierzchni zajmują tereny wojskowe. Mogliśmy się o tym przekonać na własnej skórze, kiedy nisko nurkujące myśliwce przelatywały nad naszymi głowami. Nasz pobyt w Nevadzie ograniczył się tylko do pobytu w Las Vegas, miasta niesamowitego, które nie zasypia ani na chwilę. To stolica światowego hazardu słynąca z olbrzymich kasyn i powiązanych z nimi licznymi atrakcjami. Na odcinku ok. 8 km głównej ulicy - Las Vegas Boulevard wybudowano setki hoteli o niesamowitych kształtach, w których znajdują się wielkie kasyna. Czynne są one 24 godziny na dobę, a wstęp jest bezpłatny. 19 spośród 25 największych na świecie hoteli znajduje się właśnie tu. Hotele są repliką znanych światowych budowli: piramidy egipskiej, Sfinksa, Wieży Eiffela (w skali 1:2), Placu Dożów i Canale Grande w Wenecji, Statuy Wolności, Manhattanu czy Łuku Tryumfalnego. W 1996 roku wybudowano wieżę Stratosphere wysoką na 350 m. To najwyższy budynek na zachód od Missisipi. W Las Vegas debiutował wielki piosenkarz Frank Sinatra, tu wielkie sukcesy odnosił Elvis Presley. My mieszkaliśmy w skromnym budynku kompleksu hotelowego Cirkus Cirkus.

r_karkosz_usa_2.jpgPo 12 dniach pobytu w Kalifornii i 2 dniach w Nevadzie, kolejnym stanem na naszej trasie była Arizona. Jedyną dużą atrakcją tego stanu jest Wielki Kanion Kolorado. Wcześniej na granicy Nevady i Arizony przejeżdżaliśmy obok wielkiej Zapory Hoovera. W chwili wybudowania, w 1936 roku, była największą na świecie. Ma 224 m wysokości i 379 m długości. Elektrownia wodna ma moc 2074 MW. Dla porównania nasza EJ III ma tylko 1200 MW. Zapora przegrodziła rzekę Kolorado tworząc olbrzymie jezioro (Mead Lake). Wokół jeziora powstały wielkie tereny rekreacyjne, a sam zbiornik zaopatruje w wodę wiele miejscowości, w tym przede wszystkim Las Vegas.

Wielki Kanion, to wielka przepaść, która powstała na wskutek podmycia płaskowyżu przez przepływającą pod nim rzekę Kolorado. Kanion ma 349 km długości i 0,8-29 km szerokości. Dno kanionu znajduje się 1,6 km poniżej krawędzi płaskowyżu. To największy przełom rzeki na świecie. Rocznie kanion odwiedza 5 mln turystów. Na dno kanionu można zejść pieszo (1 dzień) lub zjechać na grzbiecie mula. Chętni mogą obejrzeć okolice z pokładu helikoptera (45 min/200 $) lub płynąć tratwą.

Inną atrakcją Arizony jest słynna droga Route 66. Otwarta w 1926 roku popularna Mother Route (droga-matka) prowadzi przez 8 stanów, z Chicago do Los Angeles. Jej długość wynosi 2448 mil (3939 km). Swoją największa świetność przeżywała w okresie wielkiego kryzysu gospodarczego lat 30 ubiegłego wieku. Była wtedy główną magistralą wiodącą fale emigrantów ku zachodowi, głównie Kalifornii. W latach 50-tych, po wybudowaniu sieci autostrad, straciła na znaczeniu. R 66 była inspiracją wielu twórców literackich, muzycznych i filmowych (John Steinbeck, The Rolling Stones, Depeche Mode, Dżem).

Kolejnym stanem na naszej drodze, po Kalifornii, Nevadzie i Arizonie, był Utah. Tu spędziliśmy tylko 2 dni. Utah słynie z najrozleglejszych i najpiękniejszych terenów w całej Ameryce Północnej. Główną atrakcją stanu jest Monument Valley. To skalne wypiętrzenia, strzelające w górę ponad pustynie, zbudowane z czerwonego piaskowca. Swoją sławę zawdzięczają wielu westernom kręconym tu przez wybitnych reżyserów Hollywood, których akcja rozgrywała się w tej właśnie scenerii.

r_karkosz_usa_3.jpgPiątym stanem przez który prowadziła trasa naszej wyprawy w USA było Kolorado. Zachodnia część tego stanu, to wielkie Góry Skaliste. 50 szczytów ma wysokość ponad 4.250 m n.p.m (nasze Rysy 2.499). Wschodnia cześć stanu ma charakter nizinny. Podczas naszej jazdy 2 razy musieliśmy pokonywać przełęcze o wysokości ponad 3000 m n.p.m (Lizard Mead Pass 3.116, Monarch Pass 3.400). Na kempingu w Sargets temperatura podczas kolejnych dwóch nocy spadła do -9 i -7 stopni. W Parku Narodowym Mesa Berde podziwialiśmy osiedla zbudowane na skałach przez przodków Indian Pueblo. Mieliśmy też wypadek na drodze. Nasz Irlandczyk Aodhan (czyt. Aiden) na jednym ze zjazdów wywrócił się i został helikopterem przetransportowany do szpitala w mieście Pueblo. Na szczęście tylko mocno się poobijał.

Za nami prawie połowa trasy przez USA (39 z 86 dni). Stany które dotąd odwiedziliśmy, to miejsca bardzo atrakcyjne turystycznie, ale bardzo uciążliwe dla rowerzystów. Upalne dni oraz górskie etapy mocno nadwyrężyły nasze siły. Teraz wjeżdżamy na tzw. Wielkie Niziny. Jazda będzie o wiele łatwiejsza, ale atrakcji turystycznych jest niewiele.

W USA obowiązuje inny niż w Europie system miar i wag. Odległości drogowe mierzy się w milach (1,6 km), wysokość szczytów czy przełęczy - w stopach (0,3 m), pojemność płynów np. wody, mleka czy benzyny - w galonach (3,78 l), kwartach (0,95 l) i pintach (0,45 l), wagę np. cukru czy mąki - w funtach (0,45 kg). Bułki czy jajka pakowane są po 6 lub 12 sztuk. Napięcie w sieci elektrycznej wynosi 110 V, a temperaturę mierzy się w stopniach Fahrenheita. Nawet banknoty są większe od naszych i przed włożeniem do portfela trzeba je złożyć na pól. Na szczęście, to co dla nas najważniejsze, czyli ruch drogowy, jest prawostronny.